30
Gru
07

Gerard

Gerard Urban

Z Anitą znamy się od lat. Razem studiowaliśmy, imprezowaliśmy, razem oglądaliśmy zdjęcia. Anita zawsze interesowała się tym co robię i starała się mnie wspierać. Jest jedną z tych osób, którym chętnie pokazuję zdjęcia i słucham krytyki. To Anita opowiedziała mi o swoim sąsiedzie, panu Gerardzie Urbanie, rodowitym Gdańszczaninie, byłym pracowniku Gdańskiego browaru. Zaprowadził mnie do niego Anity tata. Wchodząc po starych schodach odwrócił się do mnie mówiąc po cichu: tylko niech się pan nie przestraszy, bo on jest sakramencko poskręcany.

Ręce pana Gerarda mogłyby stać się osobnym tematem do zdjęć, poskręcane, niemal nieruchome palce ledwo ścisnęły moją dłoń w geście powitania. Dopiero kiedy weszliśmy w głąb mieszkania, w świetle lampy, zobaczyłem jak bardzo choroba zniszczyła tego człowieka. Zgięty, oparty na lasce, ledwo powłóczył nogami prowadząc nas do pokoju. Jedynie młoda, uśmiechnięta twarz zdawała się nie pasować do reszty schorowanego ciała. To reumatyzm, wyjaśnił siadając w fotelu.

Kawy, herbaty, a może napijecie się piwa? Podziękowałem. A może papierosa? Nie dziękuję. A ja sobie zapalę, nie będzie panu przeszkadzało? Nie czekając na odpowiedź pan Gerard podsunął fotel do stojącego w kącie pokoju kaflowego pieca, otworzył go, następnie siadając na oparciu fotela wyjął z paczki papierosa i zamontował go na małej, drewnianej fajeczce. Nachyli się nad otwartymi drzwiczkami pieca i odpalił misternie nabitą konstrukcję. To o czym mam panu opowiadać?

Gerard Urban

Urodził się w 1938 roku, w Gdańsku, na ulicy Słowackiego, na której mieszka do dzisiaj. Po wojnie rodzina musiała przenieść się do mieszkania w innej kamienicy, ale ulica została ta sama. „Mieszaniec”, mówi o sobie, kiedy pytam o pochodzenie. Matka była Polką, ojciec Niemcem, a babcia Rosjanką. Rodzina utrzymywała się z małego ogrodnictwa i znajdującej się na tej samej ulicy szklarni. Długo przed wojną, na początku XX wieku, dziadkowie pana Gerarda dostarczali warzywa do jednostki wojskowej położonej pomiędzy ulicami Słowackiego i Szymanowskiego, tej samej, która dzisiaj zmienia swoje oblicze i za kilka lat ma być nowym centrum Wrzeszcza. Początku wojny pan Gerard nie może pamiętać, pamięta natomiast tryumfalny wjazd Adolfa Hitlera do Gdańska. Jechał od strony Oliwy, w otwartym samochodzie. Mały Gerard stał w tłumie ludzi wiwatujących na cześć przejeżdżającego wodza. Dzisiaj wspomina również krzykliwy głos Hitlera dobiegający ze stojącego na komodzie radia. Te przemówienia utkwiły w pamięci mojego rozmówcy bardziej niż sam przejazd. Kiedy jeszcze myślał, że wygra wojnę, mówił że jest Bogiem, śmieje się pan Gerard, … a jak się zorientował, że wojna już jest przegrana to mówił tylko, że może Bóg nam pomoże…

Po wojnie życie Pana Gerarda układało się różnie. Jak większość pozostających w zrujnowanym mieście Gdańszczan, rodzina Urbanów żyła z dnia na dzień, wyszukując czegokolwiek do jedzenia. Ojciec, który zdezerterował z armii jeszcze w czasie wojny, wrócił do domu kilka miesięcy po jej zakończeniu. Młody Gerard musiał zarabiać na utrzymanie rodziny. Zaczynał na stanowisku gońca, potem obsługiwał windę w jednym z Gdańskich magazynów, przez parę lat pracował jako magazynier w Marynarce Wojennej, a ponieważ był osobą lubianą i towarzyską, kolejni znajomi pomagali mu w wynajdywaniu coraz lepszych posad. W 1977 roku pan Gerard trafił do Gdańskiego Browaru na stanowisko konwojenta. Chociaż trudno to sobie wyobrazić, w ciągu jednego dnia zarabiał na boku tyle ile wynosiło jego oficjalne miesięczne wynagrodzenie. W tamtych czasach piwo i przede wszystkim rozlewana w browarze Pepsi Cola były towarami trudno dostępnymi, a właściciele Gdańskich restauracji gotowi byli płacić każdą cenę, za możliwość serwowania takich luksusów. Kadrowa biegała za mną błagając, żebym w końcu odebrał pensję, bo ja ciągle o tym zapominałem, dodaje pan Gerard. Niestety życie rodzinne zupełnie się nie ułożyło. Według starszego pana to jego żona jest odpowiedzialna za chorobę, która tak go zniszczyła. Przez nią nie może pracować i wymaga stałej opieki. Mimo, że rozwiedli się ponad dwa lata temu, nadal mieszkają w tym samym mieszkaniu, ona w jednym pokoju, on w drugim. Dzisiaj jedynymi towarzyszami są hodowane w komórce obok gołębie. Dokładnie dwadzieścia trzy, pan Gerard jest honorowym hodowcą gołębi pocztowych. Czasami wpada na piwo tata Anity, gadają wtedy o gołębiach, o polityce albo o starych czasach, wspominają szkołę i stare radzieckie czołgi które stały przy cmentarzu.

Gerard Urban

Kiedy wychodzę Pan Gerard montuje na fajce kolejnego papierosa i znów nachyla się nad otwartym piecem. W pokoju panuje cisza. Czuję, że kiedy zniknę za drzwiami, do tego małego pokoju na ulicy Słowackiego znów wróci samotność. Żal mi go. Czuję jak brakuje mu towarzystwa. Zamykam drzwi.

Reklamy

2 Responses to “Gerard”


  1. Grudzień 30, 2007 o 9:50 pm

    żal… niestety… moja babcia też chorowała na reumatyzm :(

    szczerze mówiąc historia Pana Gerarda jest mniej fascynująca od pozostałych.

    powodzenia

  2. 2 Anonim
    Czerwiec 3, 2008 o 9:15 pm

    kazda historia ma coś w sobie… jedne życie jest zwykłe a drugie proste.. trudno aby każdy miał przygody jak James Bond.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s




Grudzień 2007
Pon W Śr C Pt S N
« List   Sty »
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31  

%d blogerów lubi to: