
Ta historia jest niezwykła od samego początku. Miałem kiedyś przyjemność wieźć z Warszawy państwa Rachoń, Rektora Politechniki Gdańskiej wraz z żoną. Uciekając od tematu studiów, których nie ukończyłem właśnie na tej uczelni, opowiedziałem o projekcie Miasto Zapomniane. Kilka dni później zadzwonił do mnie telefon. Dzień Dobry panie Piotrze, zaczął głos w słuchawce, z tej strony Janusz Rachoń, wydaje mi się, że znamy osobę, która mogłaby pana zainteresować…
Po prawej stronie Jaśkowej Doliny, jednej z najpiękniejszych ulic Gdańska, cofnięta trochę od jezdni, stoi urocza neogotycka kamienica. Zaprojektowana w kształcie małego zamku z czerwonej cegły, zasłania ukryty z tyłu ogród i dojście do lasu. Dzwonię pod wskazany numer, na wizytówce widnieje polskie nazwisko, ale głos w domofonie ma wyraźnie niemiecki akcent. Jest ciepłe czerwcowe popołudnie, jeszcze nie wiem, że za kilka minut przeniosę się do zupełnie innej rzeczywistości, do niemieckiego Danzig.
Domofon nie działa najlepiej, więc pani Gizela musi zejść po mnie na dół. Wita się i szybko wraca do mieszkania. Biegnę z nią obłożony aparatami i statywem. Mieszkanie jest wysokie ale bardzo małe. Jeden przedzielony kotarą pokój i mała kuchnia. To wszystko. Kiedyś było większe, ale trzeba było je podzielić, z wielkiego, zajmującego całe piętro mieszkania, jej wydzielono tylko to małe pomieszczenie. W środku czeka na mnie jeszcze siostra gospodyni, Waltraut i tajemniczy człowiek, który przez cały czas nie odzywa się nawet słowem.

Gizela urodziła się w 1931 roku, w domu na ulicy Świętojańskiej zaraz obok kościoła św. Jana, Waltraut urodziła się w tym samym miejscu trzy lata później. Słychać, że obydwie zupełnie inaczej zapamiętały budynki i ulice starego Gdańska. Kłócą się o nazwy, o miejsce gdzie znajdowała się szkoła, i o rzeźnika, u którego zaopatrywała się ich matka. Pochodzą z niemieckiej rodziny, ojciec był szewcem, matka pracowała dla armii, w domu była jeszcze babcia i dwóch braci, Heinz i Gunter. Dom rodziny Sarruch stał w miejscu gdzie po wojnie wybudowano przedszkole. Obydwie siostry uczęszczały do niemieckich szkół, starsza od szóstego roku życia została zapisana do Hitlerjugend, nazistowskiej organizacji, w której szkolono przyszłych władców świata. Pod koniec wywiadu miałem poczuć na własnej skórze jak bardzo zmieniło to jej światopogląd. O czasach wojny mówią niewiele. Niewiele pamiętają. Ulice wokół Poczty Polskiej były zamknięte, oddzielono je sznurkiem. Na początku wojny rozstrzelano na ich oczach ojca. Sąsiadka doniosła na SS, że ukrywa Polaków i Żydów. Stał się wrogiem, mówi pani Gizela. Na pytanie dlaczego chronił tych ludzi odpowiada: bo on był taki, że on pomagał, bo to jest człowiek, bo jemu było szkoda tych ludzi…ja też taka jestem.
W czasie wojny dziewczynki trafiły najpierw do domu dziecka, a następnie każdą wysłano do innego bauera, gdzie pracowały do 1945 roku. Od tego momentu rozstały się na ponad dwadzieścia lat. Starsza dotarła do Gdańska na kilka dni przed upadkiem miasta. Ktoś zaproponował, żeby tak jak wszyscy uciekała do Niemiec na pokładzie jednego z odpływających z Gdyni i Gdańska statków. Były trzy, opowiada, jednemu udało się dopłynąć pozostałe dwa zbombardowali. W tym momencie zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej jednym ze wspomnianych statków był Wilhelm Gustloff, którego zatonięcie do dzisiaj pozostaje największą morską tragedią w historii świata. Pani Gizela nie chciała uciekać i to uratowało jej życie. Schroniła się na Oruni, stamtąd obserwowała płonące miasto. W ogniu ginęła nie tylko historyczna architektura i wygląd miasta, w tych płomieniach zginął cały stary Danzig, jego niepowtarzalna atmosfera i dziewiętnastowieczny klimat. Nowa rzeczywistość była zgoła inna. Nowe władze i nowo przybyli mieszkańcy nie lubili Niemców. Byli gorsi od Ruskich, mówi pani Sarruch, więcej wycierpiałam przez nich niż przez Rosjan. Zaraz potem dodaje jednak, że i Rosjanie byli straszni. Gwałtów było tyle, że młode dziewczyny uciekając przed nimi wskakiwały do lodowatej o tej porze roku Motławy. Wzdłuż brzegów rzeki przez wiele dni leżały ich rozkładające się ciała.
Na koniec rozmowy Pani Gizela wraca jeszcze do czasów przedwojennego Gdańska. Zwraca się do siostry: Pamiętasz tych Żydów, co mieli sklep na rogu ulicy? tych co cukierki rozdawali? Odwracając się do mnie mówi: Muszę coś panu jeszcze opowiedzieć. Była taka ulica Haker Gasse, tam była sklep żydowski. To jeszcze matka mówiła, żeby tam nie iść. One tak dzieci wołali, trochę czekoladki dali, trochę cukierki dali, wie pan, jak to dzieciom. Niemieckie dzieci. Jak tam się weszło one mieli taką lukę, gestykulując pokazuje jej kształt, i jak tam się weszło to od razu na dół. I oni tam na dole taką maszynę mieli, ręce osobno, tors osobno…i z tego oni kręcili, i polakom wędliny sprzedawali…
Takich słów nie słyszy się codziennie, tym bardziej w dwudziestym pierwszym wieku kiedy, dzięki mediom, o zawiłych relacjach Niemiecko Żydowskich i o Holokauście, wszyscy mogą dowiedzieć się wszystkiego, i nie ma wątpliwości, że była to zbrodnia na narodzie Żydowskim. A jednak. Siedemdziesiąt lat po wojnie, w tym mały mieszkaniu w Gdańsku, zobaczyłem kilkuletnią dziewczynkę ubraną w obowiązkowy strój Hitlerjugend, opowiadającą dokładnie to czego nauczono ją na codziennych zbiórkach. Pani Gizela nie ma żadnych wątpliwości kto rozkręcił spiralę nienawiści. To oni! mówi, To te Żydy wszystko zaczęli. To oni bili Niemców, wyrzucali kobiety przez okno. Niemcy tylko się bronili.

W pierwszej chwili nie jestem w stanie wydusić słowa, myślę o tym jak to możliwe, zastanawiam się czy nie zapytać o opowiadania Nałkowskiej, o ugotowanych zwłokach w Akademii Medycznej w Gdańsku, z których produkowano mydło. Po paru minutach zdaję sobie jednak sprawę, że nie sposób się kłócić. To jest prawda wkładana do głowy małej dziewczynki przez lata i dzisiaj kiedy jej życie dobiega końca, wszystko co mógłbym powiedzieć na temat Żydów i tak potraktowane zostanie jako propaganda, przed którą tak bardzo ją wtedy ostrzegano. Po tym opowiadaniu w pokoju nastąpiła krępująca cisza, przerwana nagle pytaniem pani Gizeli:
Czy napije się pan jeszcze herbaty?
wstrząsnęło.
mocne
Wilhelm Gustloff
Świetne zdjęcia i przyjemna opowieść, nie mogłem się oderwać.
naprawde swietne…
gratuluje fantastycznego reportazu