Wiera Wittman, moja babcia, jest osobą od której zaczyna się ta opowieść. Urodziła się w 1914 roku, w zupełnie innej rzeczywistości, w zupełnie innym świecie. Przeżyła dwie światowe wojny i dwie rewolucje. Przed tą pierwszą, Październikową, musiała jako dziecko uciekać z będących wtedy pod Rosyjskim zaborem Kielc. Pamięta głód i biedę, która wtedy panowała. Wspominając te czasy mówi: Niezapomniany widok furmanek albo samochodów, ze zwisającymi, sinymi nogami ludzi, którzy umierali masowo z głodu lub na tyfus…tego się nie zapomina do końca życia.

Do Gdańska trafiła zaraz po wojnie w 1945 roku. Nie mieli z mężem wyboru, Warszawa, w której mieszkali dotychczas, została kompletnie zburzona. Jak wielu, życie musieli zaczynać od początku. Z Warszawy przyjechała na buforze, pomiędzy wagonami towarowego pociągu. Miała ze sobą jedynie kawałek słoniny, która w tamtych czasach była nie tylko kaloryczną potrawą ale również handlową walutą. W czerwcu, miesiąc po wojnie, dotarła reszta rodziny. Jej mąż, Borys rozpoczął pracę w Biurze Odbudowy Portu, dostali mieszkanie, później służbowy samochód. W domu była nawet pomoc domowa, Katia, rodowita Gdańszczanka, która pracowała dla naszej rodziny przez kilka lat, aż do czasu kiedy zakochała się w rosyjskim oficerze i po ślubie wyjechała z nim do ZSRR. Podobno strasznie kradła. Babcia pamięta wszystkich sąsiadów. Mówi o nich: Sama elita, inteligencja, która przyjechała tutaj na stanowiska na Politechnice Gdańskiej… To było towarzystwo sympatyczne, miłe…urządzało się zabawy, bale przebierańców, na które stroje szyło się ze starych firanek i szmat…piękne suknie…

Z panią Staniszkis urządziły w sąsiednim bloku przedszkole, dla szesnaściorga urwisów, których trudno było upilnować. Dla dzieci, szczególnie chłopców, ta okolica była jak raj, spalone, niemieckie samoloty na pobliskim lotnisku Zaspa i opustoszałe hangary, były niekończącym się źródłem pomysłów i rozlicznych gadżetów. Dwaj synowie notorycznie przynosili do domu amunicję albo ołów, przetapiany później na żołnierzyki.
Jej mąż był zapalonym sportowcem i namiętnie grywał w piłkę nożną. Pewnie dlatego, pracując jeszcze w BOPie, zaangażował się w tworzenie i prowadzenie Klubu Sportowego Lechia. Teraz to największy i najważniejszy klub sportowy w Gdańsku.

Dzisiaj wielu bohaterów Babcinych opowieści już nie ma, ale ona sama trzyma się dobrze, nigdy nie straciła wigoru dziewczyny podróżującej na buforze pomiędzy wagonami. W wieku 93 lat nie potrafi rzucić palenia i nigdy nie odmawia kieliszka dobrego koniaku.
Coś niesamowitego, jestem pod głębokim wrażeniem.
Czytając to naszła mnie chęć ponownego przeczytania ”Opowiadań” Borowskiego, czy ”Zdążyć Przed Panem Bogiem” Hanny Krall. Bezpośrednia rozmowa z osobą, która to przeżyła to coś wyjątkowego, a sposów w jaki to opisałeś jest mistrzowski…
Z niecierpliwością czekam na kolejny wpis… (zakłądy mięsne przeczytane :) )
pozdrawiam
Gratuluje stronki…
Pozdr.
Beeker
Stronka MEGA!
coś wspaniałego aż chce sie czytać napisz swoja i rodziny autobiografie…… będę zaglądać:)